Dlaczego nie lubię tej całej gadki o motywacji?

Dlaczego nie lubię tej całej gadki o motywacji?

Ostatnio wszyscy chcemy być zmotywowani i produktywni, robić milion rzeczy na raz, a potem padać z satysfakcją na kanapę ze zmęczenia, ciesząc się, że jesteśmy potrzebni światu. Mam swoje zdanie na ten temat, a skoro blog jest również od wyrażania go, chętnie podejmę tę próbę. Prawdopodobnie garstka osób zrozumie mój punkt widzenia, ale liczę się z tym.

Jeszcze jedno. To nie jest żaden post naukowy (nawet nie leżał obok nauki), a moje obserwacje. Każdy może mieć swoje.

Jak się zmotywować i czy zawsze to ma sens?

Oglądałam niedawno Instagramie relację jednej z moich ulubionych influencerek, która dała mi do myślenia w kwestii motywacji. W skrócie – mówiła o tym, że na początku tygodnia często odpuszczamy sobie różne rzeczy, jesteśmy leniwi, itd. Influencerka zachęcała do tego, aby tak nie robić, a każda odłożona rzecz powoduje to, że jesteśmy słabsi.

Drażni mnie to określenie, choć prawdopodobnie to był skrót myślowy, zachęcający do podjęcia aktywności w dobrym celu. Przecież mnóstwo z nas potrzebuje kopniaka w tyłek, aby ogarnąć swoje życie. Wracając jednak do wątku, słabość kojarzy mi się z porażką, a tego słowa wręcz nie cierpię. Każdy ma trudniejsze chwile, kiedy czasami trzeba odłożyć spotkania, wziąć wolne w pracy, przełożyć spotkania towarzyskie. Czy to jest słabość? Moim zdaniem to ogromna siła, by przyznać się przed sobą, jak jest naprawdę.

Nie chodzi tutaj o wspomnianą osobę, która podjęła temat. W gazetach, sieci, telewizji często spotykam się z takim podejściem, więc zakładam, że mnóstwo ludzi go potrzebuje. Jeśli wszystko z nami w porządku, można spróbować tego typu motywacji. ALE dlaczego leżenie na kanapie przez cały dzień i przełożenie wszystkich spotkań ma być złe, jeśli właśnie tego potrzebuje nasze ciało i/lub umysł?

Lenistwo czy potrzeba?

Nie ma nic złego w odrobinie lenistwa, szczególnie gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że czas zwolnić. Nie zawsze odpoczynek i regeneracja muszą oznaczać produktywne rozrywki, a mam wrażenie, że teraz głównie mówi się o spędzaniu tzw. quality time.

Staromodne leżenie na kanapie musi być dziś zastąpione czytaniem ambitnej literatury, siłownią, sztuką itd. Jeśli ktoś regeneruje się wyłącznie w taki sposób, to ok, ALE ja się pytam, gdzie jest miejsce na zwolnienie tempa?

Jestem przekonana, że mnóstwo ludzi, stawiających głównie na zajmowanie swoich myśli po pracy czymś innym, nie miałoby pojęcia, co zrobić, gdyby np. z powodów zdrowotnych musieli na jakiś czas zrezygnować z wszelkich aktywności. To oczywiście skrajna sytuacja, jednak chodzi mi po prostu o okoliczności pobycia sam na sam ze sobą. EDIT: Kiedy tworzyłam ten post, jeszcze w Polsce nie mieliśmy pojęcia, jak bardzo będziemy musieli zmienić swoje nawyki 😉

Może piszę to właśnie dlatego, że w tym momencie siedzę w domu i 4 tygodnie temu w drugi dzień mojego zwolnienia od lekarza beczałam, że chcę wracać do pracy. A przecież wydawało mi się, że jestem tak świadoma, uduchowiona, i inne tego typu bzdury. Powoli przyzwyczajam się do nowej sytuacji, rozmyślając na wiele tematów, ciesząc się, że niczego nie muszę.

Szczerze? Wczoraj zrobiłam ziemniaki z jajkiem sadzonym (chociaż mam na nie nadwrażliwość), bo po całym dniu robienia niczego jedynie chciałam wykonać taki wysiłek. I nie będę miała już z tego powodu wyrzutów sumienia. Wiem, że przecież nie każdy dzień tak wygląda 😉

Motywacja zewnętrzna czy wewnętrzna?

Z motywacją mam też inny problem. Tu również może posłużę się swoim przykładem. Całe życie byłam nieśmiała, bardzo bałam się podejmowania nowych wyzwań i stresowało mnie mnóstwo rzeczy. Kiedy poszłam na studia, chciałam być postrzegana jako ktoś zupełnie inny. Robiłam więc sporo, żeby zająć sobie głowę i przy okazji przypodobać się towarzystwu (jedynie praca i wolontariaty wyszły mi na dobre). Totalnie nie akceptowałam siebie i z czasem coraz bardziej nie wiedziałam, kim jestem.

Chociaż nadkompensacja w wielu przypadkach może odnieść świetny skutek, część z nas doprowadzi do skrajnego wyczerpania, emocjonalnego i fizycznego, dlatego należy odpowiedzieć sobie na pytanie: po co i dla kogo to robię? Dopiero wtedy, będąc w pełni świadomym podejmowania postawionych sobie wyzwań i celu, możemy mówić o właściwej motywacji.

Jak ja się motywuję?

Obawiam się, że wcale 😉 A tak naprawdę po kilku latach terapii przestałam zmuszać się do różnych rzeczy. Nie mówię tutaj o sprzątaniu i myciu zębów, ale wiecznym udowadnianiu wszystkim wokół, że jestem taka lub inna. Oczywiście mam swoje braki, nad którymi pracuję, jednak widzę wielką wartość w odpuszczaniu.

Miałam (i nadal mam) okresy w swoim życiu, kiedy wszystko było bez sensu, nic mnie nie cieszyło, a wstawanie z łóżka i wyjście z domu stawało się prawdziwą męką. Chociaż nie miałam wtedy depresji, taki drastyczny spadek jakości mojego życia doprowadził mnie do długiej, często wyczerpującej, terapii. Miałam mnóstwo innych problemów, ale kwestia motywacji – moim zdaniem – była dość ważna w tej całej układance.

Jak jest dziś? Nadal nie wiem do końca, dokąd zmierzam i nie wiem, co będę robić za 10 lat. Mam swoje małe cele, wartości, czeka mnie trochę wyzwań. Nie skupiam się jednak na szaleńczym wyścigu po wyższą pensję, kolejne tytuły zawodowe, doskonałą sylwetkę. Wystarczy mi metoda małych kroczków.

zdj. główne Unsplash